Cisza po „Skowycie” zostaje na długo

Zanim wejdziemy na widownię, zostajemy uprzedzeni, że spektakl już trwa. Nie wkraczamy jednak między postacie dramatu, w dziejące się wydarzenia i trwające spory. Aktorzy siedzą nieruchomo w kompletnym milczeniu, ich koncentracja jest prawie namacalna. Spektakl rzeczywiście trwa. Rozpoczął się na długo przed naszym przyjściem i będzie trwał po naszym odejściu.

 

„Anhelli” Słowackiego to bodaj najmniej znany z jego utworów. Nasycony symbolami, ocierający się o mistykę poemat prozą nawet oddanych miłośników romantycznej poezji może przyprawić o niepewność. Biblijny język, postacie będące symbolami samych siebie, wszechobecność śmierci rozumianej jako wyzwolenie i kara jednocześnie, anioły i zjawy, dla których szczątkowa akcja pozostaje zaledwie tłem – „Anhelli” wydaje się nie do przełożenia na język teatru.

 

Jarosław Fret z zespołem Teatru ZAR szczęśliwie nie podejmuje takiej próby. Nie przeszczepiają na teatralny grunt Szamana, Anhellego i towarzyszące im postaci, nie pokazują drogi przez Sybir jako wędrówki po kręgach dantejskiego piekła. Twórcy spektaklu dokonują rzeczy niezwykłej: inscenizują atmosferę poematu. Tłumaczą na język ruchów i archaicznych religijnych pieśni nieuchwytne wrażenia, jakie budzi działający na wyobraźnię tekst Słowackiego.

 

Przy wytężonej uwadze rozpoznamy w aktorach postacie z poematu albo damy się wciągnąć w grę znaczeń i interpretacji. Czy kobieta towarzysząca Anhellemu jest teraz Szamanem, Eloe czy Ellenai? Jak do treści poematu ma się gnostycka postać Marii Magdaleny? Gdzie jest punkt styczny między „Anhellim” a konfliktem biblijnej Marty i Marii o „najlepszą cząstkę”?

 

Nawet pesymizm przebijający z „Anhellego”, podkreślana w nim rola śmierci jako rozwiązania ludzkich dylematów, zostaje poszerzona o dodatkowe pole. Śmierci bohatera towarzyszy bowiem prawosławny troparion „Chrystus zmartwychwstał”, tradycyjnie śpiewany w wigilię Wielkanocny. Czy zapowiedź odrodzenia jest w tym kontekście bolesną ironią?

 

Pytania można mnożyć, można również budować barokowe konstrukcje interpretacji, dać się wciągnąć w odczytywanie aluzji i sugestii. Ale moim zdaniem najlepiej jest pozwolić temu spektaklowi płynąć, trwać w nim, poddawać się niezwykłej atmosferze rodzącej się w powtarzalnych gestach, surowych religijnych hymnach i oszczędnej scenografii.

 

W pierwszym odruchu na usta ciśnie się stwierdzenie, że „Anhelli. Skowyt” niewiele ma wspólnego z tradycyjnym teatrem – kto oczekuje wiernej literacko adaptacji natchnionego poematu, może być rozczarowany brakiem dialogów, trudnością z identyfikacją poszczególnych postaci czy wreszcie brakiem linearnej akcji.

 

Im bardziej jednak pozwolimy zawładnąć sobą magii tego widowiska, tym jaśniejsze staje się, że w jakimś sensie spektakl Teatru ZAR jest tradycyjny. Będzie to jednak tradycja teatru jako części obrzędu religijnego, swoistego misterium, które gestem i dźwiękiem opisuje to, czego nie da się wyrazić słowami.

 

Twórcy spektaklu powołują się na duchowe pokrewieństwo z japońskim teatrem nō i może to jest wskazówka, jak jeszcze można przeżywać to niezwykłe przedstawienie. Archaiczne pieśni najstarszych chrześcijańskich kościołów, niemal całkowite milczenie aktorów, język gestów sugerują istnienie czegoś wiecznego i absolutnego, tworzą yūgen: tajemne piękno ukryte głęboko, odczuwane intuicyjnie, niewyrażalne słowami.

 

Tak jak nie widzieliśmy początku przedstawienia, tak nie doświadczamy jego końca. Nie ma tu miejsca na oklaski, ukłony, zapadanie kurtyny, które przypomną, że „to tylko przedstawienie”. Wychodzimy tak, jak przyszliśmy, niezauważeni opuszczamy nie teatr, ale przestrzeń sacrum. Cisza po „Skowycie” zostaje na długo.

Zuzanna Ilków

 

Anhelli. Skowyt
Spektakl Teatru ZAR
Instytut Grotowskiego, Sala Teatru Laboratorium
Listopad 2019

 

Fot. Magdalena Mądra